OPETH - HERITAGE (2011) [WMA] [FALLEN ANGEL]
Kategorie
Ranking
RSS
Programy

Statystyki
Użytkowników:
Zarejestrowanych wczoraj:
Zarejestrowanych dzisiaj:
Torrentów:
Dodanych wczoraj:
Dodanych dzisiaj:
Warezów:
Dodanych wczoraj:
Dodanych dzisiaj:
112,305
44
2
219,580
74
7
14,377
2
1
Ostatnie 30
Popularne
w Wrzesniu
==Torrent==
Kategoria: Muzyka » Metal


Dodał: Fallen Angel
Data dodania:
2019-08-25 09:02:16
Rozmiar: 289.01 MB
Seedów: 0
Peerów: 0
Pobrano: 7 razy
Kondycja:









OPETH - HERITAGE (2011) [WMA] [FALLEN ANGEL]

...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...




Są na świecie płyty, o których nie śniło się młodym klerykom...





Stało się, co się stać musiało. Mikael Akerfeldt zebrał się na odwagę i ostatecznie oczyścił swą muzykę ze wszelkich metalowych elementów, które zresztą już na "Watershed" spełniały raczej rolę listka figowego, mającego skryć faktyczne zainteresowania lidera Opeth. Powstał zatem album czysto rockowy, który, choć mocno odwołuje się do tradycji gatunku, wcale nie brzmi retro.

Pozostaje jeszcze kwestia fanów, często alergicznie reagujących na wszelkie zwroty ulubionego zespołu. Wszystko wskazuje na to, że Akerfeldt świetnie zdawał sobie z tego sprawę. Ten temat pojawił się bowiem w dokumencie, zawartym na DVD, które dodane zostało do limitowanej wersji "Heritage". Z jednej strony frontman bardzo krytycznie wyraża się tam o metalowym graniu w ogólności, z drugiej jednak dość wyczerpująco tłumaczy, dlaczego zdecydował się na taki właśnie krok. Czy argumenty te przemówią do słuchaczy, pokażą niebawem wyniki sprzedaży, choć jeśli mam być szczery, nie widzę powodów dla usprawiedliwiania się przed fanami. Kolokwialnie rzecz ujmując, artysta jest od komponowania i grania, a słuchacz od słuchania, i każda z tych ról powinna zachować zdrowy dystans od tej drugiej. Tym bardziej, że za co najmniej przesadzone uważam opinie, wedle których Opeth "radykalnie" odszedł od swej dotychczasowej stylistyki.

Jeśli wziąć pod uwagę wszystkie wcześniejsze krążki Szwedów, począwszy od "Blackwater Park", trudno mówić tu o jakimkolwiek radykalizmie, czy nawet większym zaskoczeniu. Owszem, nie ma growlingu i metalowych partii, są za to nowe elementy i mniej lub bardziej czytelne nawiązania do klasyki (progresywnego) rocka, ale nie da się ukryć, że styl komponowania Akerfeldta jest wciąż na tyle charakterystyczny, że odciska swe niepowtarzalne piętno na całym materiale. "Heritage" brzmi jak album nagrany przez Opeth, trudno choćby przez chwilę mieć co do tego wątpliwości. Dziś zespół ten jest po prostu w innym miejscu niż kiedyś, a ów progres zwyczajnie musiał nadejść, jako całkowicie naturalny krok naprzód bandu, który nie chce do końca świata kręcić się w kółko. Dla mnie większym zaskoczeniem jest to, że wydarzyło się to dopiero teraz. I, choć efekt tej podróży nie jest może jednoznacznie pozytywny, z pewnością imponuje mi konsekwencja i wizja, jaka przyświecała liderowi w pracy nad recenzowanym albumem.

Już świetna, pełna barw, a przy tym symboliczna okładka (czy łudzące podobieństwo do Status Quo i ich "Quo" to czysty przypadek?), zupełnie inna niż poprzednie (i zarazem nietypowa dla twórczości Travisa Smitha), zwiastuje zmiany i sygnalizuje nowy kierunek, wyznaczony przez sam tytuł - 'Dziedzictwo'. Opeth, niczym okładkowe drzewo, wyrosłe z piekielnych korzeni, przez nic nieograniczane, wznosi się ku niebu. A że po drodze odpadło zeń kilka głów, w tym ostatnia należąca do Per'a Wiberg'a... taka jest cena progresu. Autorem koncepcji obrazka jest nie kto inny, jak Mikael, który jak zwykle odpowiada również za powstanie niemal całego materiału. Z właściwym sobie wdziękiem i poczuciem humoru, na wspomnianym wyżej DVD Akerfeldt przyznaje, że przyszło mu to całkiem łatwo. "Jak wiadomo - stwierdza frontman - jestem muzycznym geniuszem", który jest w stanie "skomponować arcydzieło, choćby tylko klaszcząc w dłonie". Świetnie, że dobre samopoczucie nie opuszcza wokalisty, fakty nie przedstawiają się już jednak równie różowo.

Podstawowy problem "Heritage" to wcale nie zmiana stylistyczna, ale jej (nie do końca udane) wdrożenie. Nie ma co się oszukiwać, Akerfeldt od zawsze miał tendencje to okazjonalnego przynudzania, ale teraz, po wykastrowaniu muzyki Opeth z mocniejszych elementów, stało się to jeszcze bardziej widoczne.

Zaczyna się bardzo elegancko. Klawiszowy "Heritage", zagrany przez Joakima Svalberga, pięknie wprowadza w nastrój, a kolejny, bardzo dobry "The Devil's Orchard" to po prostu klasyczny stary-nowy Opeth, z głównym riffem, który jest niemal autoplagiatem. Typowych dla Szwedów zagrywek nie brak również w "I Feel the Dark", choć progresywne smaczki są tu już bardzo mocno wyczuwalne. Tym sposobem docieramy do najjaśniejszego punktu płyty - "Slither". Utwór ten, jak wyjaśnia lider na DVD - poświęcony pamięci Dio, to istna perełka. Dynamiczny (gdzieś w zakamarkach pamięci wciąż rozbrzmiewa mi "Kill the King", bo duch Rainbow jest tu rzeczywiście silnie obecny), zwarty, świetnie poprowadzony utwór. Niestety, dalej słuchacz wpada w czarną dziurę. "Nepenthe" i "Häxprocess" są rozwlekłe, zbyt spokojne, by nie powiedzieć, że zwyczajnie smętne. To samo dotyczy "Famine", ale tu przynajmniej pojawiają sie świetne, gościnne, perkusyjne partie Alexa Acuny i zjawiskowe wręcz ścieżki fletu Björna J:sona Lindha (tak już się jakoś porobiło, że jakiekolwiek użycie fletu w muzyce rockowej natychmiast wywołuje skojarzenia z Jethro Tull). Także "Folklore" może skutkować nagłym opadem powiek, choć końcówka na pewno przyspieszy puls u wszystkich fanatyków klasycznego progresywnego rocka.

Mogło, i powinno, być lepiej. Jest jednak coś, co nie pozwala skreślić "Heritage". Po pierwsze, warsztat muzyków. Na tej płaszczyźnie Opeth nigdy nie pozwolił sobie na najmniejsze choćby potknięcie, jednak tym razem mam wrażenie, że cały zespół wdrapał się na szczyty swych muzycznych możliwości. Sekcja rytmiczna jest po prostu genialna, czapki z głów przed tym, co wyprawia dwójka Martinów - Mendez i Axenrot. Czarodziej klawiszy - Per Wiberg - postanowił godnie pożegnać się z kapelą, a że "Heritage" to bardzo 'parapetowa' płyta, rozszalał się na całego na Hammondzie i pianinie Rhodesa. W partiach gitary (co w sumie nie może dziwić) zachowało się najwięcej starszego Opeth. A wokal? Ten jest jak zwykle nieskazitelny, choć nie narzekałbym na odrobinę pieprzu (i wcale nie mam tu na myśli growlu). Do tego dochodzi absolutnie perfekcyjna produkcja. Producenckie mistrzostwo (mastering - Steven Wilson) jest zauważalne na każdym kroku, choćby w "Famine", gdzie słychać nawet delikatne szuranie dłoni Acuny o bębny.

Dla porządku, kilka dodatkowych słów o limitowanym wydaniu, opatrzonym trójwymiarową okładką. Krążek DVD, prócz wyczerpującego temat powstawania płyty dokumentu "making of", swoją drogą jednego z lepszych, jakie kiedykolwiek oglądałem, zawiera dwa dodatkowe kawałki audio. Niestety, o "Pyre" i "Face in The Snow" można powiedzieć tylko tyle, że są. Mdłe i emeryckie, słusznie nie trafiły na standardowe wydanie płyty. Mam nadzieję, że "Heritage" to etap przepoczwarzania się Opeth, a piękny motyl w pełnej krasie objawi nam się na następnym materiale. W końcu, miejmy to na uwadze, mamy do czynienia z "muzycznym geniuszem".

Szymon Kubicki




Przed kilkoma laty Opeth ufundowało małą niespodziankę swoim słuchaczom. Było to przy okazji nagrywania albumu Deliverance (2002). Zespół współpracował wtedy ze Stevenem Wilsonem i równolegle powstał wydany rok później materiał zawarty na Damnation, które okazało się pięknym, chociaż bardzo delikatnym i na swój sposób mrocznym uzupełnieniem ciężkiego, opethowego Deliverance. Potem było niezłe Ghost Reveries (2005), do którego rzadko wracam, a trzy lata później Watershed. W międzyczasie bardzo przemieszał się skład grupy (zmiana gitarzysty, inny perkusista itd.), do samego albumu podchodziłem z dystansem. Długo zajęło mi przekonanie się do takiego brzmienia Opeth, lecz dzisiaj z perspektywy czasu śmiało mogę stwierdzić, że Watershead jest jednym z moich ukochanych dzieł Szwedów. Ale znając gust, muzyczne upodobania i podejście Mikaela Åkerfeldta, który w zasadzie ma decydujący wpływ na wszystko, co związane jest z zespołem i co się w nim dzieje, miałem przeczucie, że kolejny album będzie przełomem, czymś zupełnie nowym.

Ponad trzy lata czekałem na ten moment. Czy nowy album Opeth ma coś wspólnego z metalem i wcześniejszymi dokonaniami grupy? – Nie za bardzo. Czy Åkerfeldt mnie zawiódł? – Nie. Nie chcę się tutaj rozpisywać nad poszczególnymi utworami z Heritage, rozbierać je na cząsteczki, analizować. Od strony wizualnej wydawnictwo zaskakuje nietypową (jak na Opeth) okładką – ciepłe kolory, psychodeliczne drzewo z głowami-owocami członków grupy. Niezwykła symbolika emanuje z tego obrazu: drzewo wyrasta z piekła, jest nawiązaniem do metalowej przeszłości grupy, czaszki pod nim mogą symbolizować dawnych członków Opeth. Zwróćmy uwagę, że głowa Wiberga znajduje się z boku korony drzewa – ten zaraz po nagraniu opuścił zespół. Wnętrze książeczki: lekko pożółkły papier, ciekawa czcionka i czarnobiałe zdjęcia artystów – to po raz kolejny dzieło Travisa Smitha. Zaskoczenie muzyczne jest jeszcze większe. Album otwiera króciutka, tytułowa kompozycja zagrana na fortepianie, przeplatana delikatnym basem. Potem jest troszkę mocniej, ale nie tak, jak niektórzy mogliby się spodziewać po takim zespole. Mamy tu interesujące gitarowe solówki, ciekawe przejścia i linie melodyczne, ponadto sporo instrumentów klawiszowych, melotronu, organów Hammonda (niestety jest to ostatnia płyta Opeth z udziałem Pera Wiberga – zastąpi go Joakim Svalberg), w jednym utworze („Famine”) pojawia się nawet flet. Bardzo ciekawie brzmi perkusja, za którą zasiadł Martin „Axe” Axenrot. Pamiętam jego wyczyny z albumów zespołu Satanic Slaughter, projektu Bloodbath i albumu Watershead. Jego gra na Heritage jest nie tylko potwierdzeniem talentu i świetnych technicznych umiejętności, ale przede wszystkim pokazuje muzyczną otwartość tego perkusisty. No i oczywiście świetny wokal Mikaela, chociaż tym razem nie spodziewajmy się ani sekundy growlingu.

Heritage muzycznie i brzmieniowo nawiązuje do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, dokonań takich grup, jak Caravan, Hatfield and the North, Soft Machine, Popol Vuh, Jethro Tull, Gila, King Crimson, Wishbone Ash... a nawet Joni Mitchell, Lindy Perhacs czy Nicka Drake’a. Oczywiście zespół nikogo nie kopiuje, nie czerpie z gotowych i regresywnych schematów. Po prostu umiejętnie wykorzystuje pozostawione przez tych artystów „dziedzictwo” (ang. „heritage”). Płyta z jednej strony jest bardzo współczesna, spora w tym też zasługa Wilsona, który ów album miksował. Åkerfeldt z zamiarem nagrania takiego dzieła nosił się od kilku lat. Cudownie, że w końcu to mu się udało, tym bardziej – że w takiej pięknej formie. Chylę przed nim czoła, bo zmiana tak radykalnego brzmienia grupy przeważnie nie jest dobrze przyjmowana przez niektórych fanów. Wymagało to wiele odwagi, ale była to dobra decyzja, chociaż niestety nie wszyscy tak będą to postrzegać – trudno. Pamiętam, co działo się po premierze In Absentii Porcupine Tree, czy kilka miesięcy temu, gdy na rynku pojawił się Illud Divinum Insanus Morbid Angel, które podzieliło fanów. Chyba lepiej mieć pomysł i nagrać nowy, pełen świeżych pomysłów album, niż na przykład zatracać się w utartym gatunku i wydać kolejny mdły materiał.

Łukasz Modrzejewski




Dziesiąta płyta Opeth od razu przykuła moją uwagę okładką, bo zarówno od strony czysto estetycznej, jak i ilości nagromadzonych symboli jest to jedna z ciekawszych grafik, jakie zdarzyło mi się widzieć. Baśniowa stylistyka, mocne kolory - czuć inspirację klasykami progresywnego rocka - i praktycznie żaden element nie jest tu przypadkowy. Dziewięć gwiazd na niebie reprezentuje poprzednie albumy zespołu, a słońce - to właśnie "Heritage". W centrum grafiki znajduje się drzewo, którego korzenie sięgają głęboko w piekielne czeluści, co zwraca uwagę na deathmetalowy czynnik występujący w muzyce zespołu. Wśród zielonych liści drzewa widzimy głowy czterech członków kapeli. Ponieważ Per Wiberg wkrótce po nagraniu płyty rozstał się z zespołem, jego głowa z drzewa spada i wkrótce dołączy do znajdującej się pod nim kupki czaszek byłych członków grupy. W tle widać płonące miasto, symbolizujące upadek cywilizacji, a tłum ludzi grzecznie czeka w kolejce, aby z drzewa zerwać owoce (muzycznej mądrości?)...

I tak samo, jak okładka "Heritage" różni się diametralnie od poprzednich okładek formacji - oszczędnych, mrocznych, utrzymanych w ciemnych kolorach - tak i muzycznie na nowej płycie Opeth wykonuje wręcz szokującą muzyczną woltę. Od początku swojej kariery zespół budował swoją muzykę na przeciwstawianiu ostrych deathmetalowych partii z mocnym growlingiem Akerfeldta oraz mrocznych, ale niezwykle subtelnych zwolnień, w trakcie których także wokalista pokazywał swoją drugą, łagodną i melancholijną twarz. Drugi ważny wyznacznik to bardzo rozbudowane formy, które czasami tylko przetykano krótszymi, spokojnymi nagraniami.

Zabierając się do słuchania nowego albumu trzeba o tym wszystkim zapomnieć, zespół stawia bowiem grubą kreskę, kompletnie odcinając się od swojego dotychczasowego stylu. Zamiast tego czerpie całymi garściami z klimatu progresywnego rocka lat 60. i 70. Można tu bowiem znaleźć kingcrimsonowską schizofreniczność, akcenty jazzrockowe, psychodeliczne odjazdy w stylu wczesnego Pink Floyd, pomieszane i gęste partie instrumentalne, jak i akcenty folkowe. Nie ma tu growlingu - pozostał tylko "czysty" śpiew Mikaela. Nie ma tu także zbyt wielu regularnych riffów. Gitarzyści kompletnie zrezygnowali z dominującej roli - w obszernych fragmentach brzmienie ich instrumentów w ogóle znika ("Heritage", "Devil's Orchard", "Nepenthe", "Morrow Of The Earth"), a w innych - mamy subtelny akustyk albo jakiś nienarzucający się motyw w tle. Podobnie jest z perkusją, która jest dość wycofana, gra jakby w tle, jest jej sporo, ale raczej w wydaniu lekkim i zagęszczonym, niż potężnym i napędzającym całość muzyki. Bardzo dużo mamy natomiast basu oraz klawiszy (w tym dużo Mooga i Hammonda), co powoduje, że muzyka jest bardzo zbalansowana - każdy z członków zespołu spełnia podobną rolę w kreowaniu dźwięków.

Bardzo mi to odpowiada. Podobnie nie mam żadnych pretensji z powodu sięgnięcia do źródeł muzyki progresywnej, bo pod tym względem lata 60. i 70. są mi bardzo bliskie. Bardzo ciekawy jest też klimat płyty - niepokojący, mroczny, przesycony goryczą i melancholią. Jest tu także sporo zachwycających pomysłów, ale niestety "Heritage" jako całość broni się z ledwością.

Jak na mój gust album jest przesadnie zdominowany przez wolne, przestrzenne, rozciągnięte partie, niejednokrotnie zespół pozwala spokojnie wybrzmieć dźwiękom i na moment zawiesza granie ("Haxprocess", "Heritage"). Poszczególne fragmenty brzmią niby dobrze, ale gdy słucham krążka w całości, to pachnie nudą. Przy "Heritage", "Marrow of the Earth", obszernych fragmentach "I Feel The Dark" oraz "Haxprocess" czy w pierwszej połowie "Nepenthe" zaczynam ziewać i odruchowo rozglądam się za poduszką, żeby się zdrzemnąć. Poza tym brakuje nieco spójności. Są momenty, gdy Opeth bierze jakiś pomysł, gra go przez minutę, po czym następuje cięcie i przejście do kolejnego motywu. Eklektyczne podejście do muzyki jak najbardziej mi odpowiada, ale poszczególne motywy muszą w jakiś logiczny sposób z siebie wynikać - w przeciwnym razie mamy tylko zlepek pomysłów.

A na przykład takie "Slither" jest zdecydowanie prostsze w formie - najpierw jest dynamicznie, a w końcowej partii mamy stonowaną gitarę akustyczną - ale od początku do końca wiadomo o co w nim chodzi, przez to staje się jednym z najjaśniejszych punktów płyty. Obok niego ustawiłbym "Famine" z kapitalnym wręcz duetem fletu i ostrej, przybrudzonej gitary, którego nie powstydziliby się Anderson i Barre z Jethro Tull. Bardzo dobre, choć trochę niespójne, jest także "Folklore" z najciekawszą linią wokalną i świetnym ożywieniem w drugiej części utworu. A najlepsze na płycie jest "Devil's Orchard" - tu jest wszystko w odpowiednich proporcjach: zapętlony motyw gitarowy, ciekawa rytmika, chwilami jest ostrzej, chwilami - spokojnie i psychodelicznie.

Bardzo trudno mi ocenić tę płytę. Na pewno jest intrygująca i zaskakująca, na pewno jest tu dużo fajnych pomysłów i instrumentalna biegłość. W żaden sposób nie przeszkadza mi także stylistyczna zmiana zaproponowana przez zespół, ba, nawet ją doceniam. Zresztą - taka płyta chyba musiała kiedyś nadejść, bo będący mózgiem grupy Akerfeldt od lat mówił o swojej fascynacji muzyką lat 60. i 70., więc dźwięki, które słyszymy na "Heritage" musiały już w nim "siedzieć" od dawna. Ale kompozycyjnie album nie jest powalający. Jest dobry, momentami nawet znakomity, ale w sumie tylko na "siódemkę".

Tomasz 'YtseMan' Wącławski





1. Heritage 2:05
2. The Devil's Orchard 6:40
3. I Feel The Dark 6:40
4. Slither 4:03
5. Nepenthe 5:40
6. Haxprocess 6:57
7. Famine 8:32
8. The Lines In My Hand 3:49
9. Folklore 8:19
10. Marrow Of The Earth 4:19





Mikael Akerfeldt - wokal, gitary
Fredrik Akesson - gitary
Per Wiberg - klawisze
Martin Mendez - gitara basowa
Martin Axenrot - perkusja

oraz:
Alex Acuna – perkusja w Famine
Joakim Svalberg – fortepian w Heritage
Björn J:son Lindh – flet w Famine
Jens Bogren – inżynier dźwięku
Steven Wilson - mix



https://www.youtube.com/watch?v=IludPuSUnHE



POZWÓL POBRAĆ INNYM, NIE BĄDŹ ŚWINIĄ!!!




INITIAL SEEDING. SEED 14:30-22:00.
POLECAM!!!

START JAK BĘDĄ CHĘTNI... 100% Antifascist

Trailer
Lista plików Show/Hide [Pokaż/Ukryj]
Trackery
Tracker URLSeedówPeerówPobrań
http://tracker1.itzmx.com:8080/announce000
udp://opentrackr.org:1337/announce000
udp://thetracker.org:80/announce000
udp://explodie.org:6969/announce000
udp://open.demonii.si:1337/announce000
udp://exodus.desync.com:6969/announce000
udp://tracker.tiny-vps.com:6969/announce000
udp://tracker.filemail.com:6969/announce000
udp://tracker.torrent.eu.org:451/announce000
udp://tracker.opentrackr.org:1337/announce000
udp://denis.stalker.upeer.me:6969/announce000
udp://retracker.lanta-net.ru:2710/announce000
udp://tracker.open-internet.nl:6969/announce000
udp://tracker.internetwarriors.net:1337/announce000
udp://tracker.leechers-paradise.org:6969/announce000
Podobne Pliki

Komentarze

Brak komentarzy!

Dodawanie komentarza
Komentujesz torrenta:
OPETH - HERITAGE (2011) [WMA] [FALLEN ANGEL]

NAJCZĘŚCIEJ POBIERANE